Infantylna pointa jednego ze starych dowcipów o Masztalskim nasunęła mi się natychmiast, gdy zobaczyłem entuzjastyczny wpis wiceprezydenta Krakowa na temat budowy parku rozrywki na nowohuckich łąkach. Zapewne zgrzyt spowodowany był lekturą wcześniejszych doniesień o kolejnych zbiorowych zwolnieniach w krakowskich firmach, utraty roli centrum usług finansowo-informatycznych przez miasto z racji tychże zwolnień oraz o wyludnianiu się centrum tegoż na rzecz otaczających gmin.
Powiat krakowski rzeczywiście notuje kolejny rok dodatniego salda migracji, ale ten aspekt rzeczywistości nie idzie w parze ani z finansami, ani rozbudową infrastruktury w gminach. Nie da się zaszufladkować tego procesu, ale przeciętny uczestnik tej wędrówki ludów zostawia sobie mieszkanie w Krakowie (dla dzieci, pod najem) i korzysta z uroków sielskiego życia, niekoniecznie uczestnicząć w tym finansowo, gdyż karta mieszkańca i meldunek w Krakowie dają jednak ważne przywileje: możliwość parkowania, tańsze parkowanie oraz tańsze bilety komunikacyjne. Efektem zjawiska, trudnego do ujęcia w ramy, ale na podstawie pośrednich wskaźników komunalnych jak najbardziej mierzalnego są: presja na wydatki komunalne w gminach oraz spadek realnej liczby stałych mieszkańców Krakowa. Za kilka lat będziemy być może oglądać jak w stolicy wymiarające w piątkowe popołudnie i weekendy miasto. Niestety powiat krakowski w zakresie współczynników dzietności nie jest już liderem i może nie tak szybko jak Zagłębie czy Zamojszczyzna, ale jednak się będzie wyludniał. Następnym etapem zjawiska w połączeniu z liderowaniem Krakowa liście miast z najdroższymi mieszkaniami będzie realna utrata stałych mieszkańców, a tym samym podatników. Nastąpi podobny efekt jak z miejscami pracy w sektorze usług, gdzie kraje jak India czy też technologie AI spowodują szybki zanik tego segmentu. Krótko mówiąc bezrobotni drogich mieszkań potrzebować nie będą. A na obecną chwilę nowi mieszkańcy generują znaczący ruch samochodowy.
Być może Stanisław Mazur kieruje się logiką XVIII wieku, gdy nie mają na chleb to niech jedzą ciastka, ale koncepcje igrzysk sprawdzają się wtedy, gdy w nastrojach nie dominuje strach o pracę, brak mieszkań i drożejące nieruchomości. Zadłużonemu po uszy miastu nie jest potrzebny park rozrywki, choć zapewne doraźnie sprzedaż czy dzierżawa gruntu będą zastrzykiem finansowym, bo do jego rozpoczęcia działalności i przychodów droga będzie daleka. Skoro chełpimy się byciem ośrodkiem akademickim czemu w Krakowie nie ma siedziby żadna licząca się firma z branzy farmaceutycznej. Jej budynek z przyjemnością podziwiałbym w sielskim krajobrazie Branic. Mamy w Krakowie największy w Polsce szpital, od lat dwa ośrodki kształcenia lekarzy, czemu zatem nie mamy hubu firm z branży technologii medycznych jak stymulatory, zastawki serca, albo implanty mózgowe. Wszak miasto akademickie i właśnie kontakty profesorskie takim rzeczom sprzyjają. Nie musimy nadal brnąć w kierunku poprzednio wyznaczonym przez wieloletniego włodarza, czyli bycia szerokim zapleczem dla potoku turysty niewymagającego, a uradowanego stosunkiem ceny do jakości. Nie grozi nam bynajmniej liczbowe przebicie Barcelony czy Wenecji, ale gniew mieszkańców w podobnej skali już tak. Ilość zamykanych lokali i usług, także w gastronomii, obala założenia lobby, które świetnie się miało w czasach rządów Jacka Majchrowskiego. Także exodus podmiotów tych branż poza granice administracyjne Krakowa nakazuje pilnie zastanowić się nad dalszymi konsekwencjami strategii bycia za wszelką cenę celem turystyki. W stolicy Katalonii skorzystanie w centrum z tradycyjnej i obecnej od lat usługi, knajpy czy kawiarni z tradycjami jest prostą sprawą, u nas niczym w bolszewizmie panuje stagnacja i samolikwidacja. Sieciówki spożywki z alkoholem, fast foody i wszelkie formy noclegowe zalały już centrum miasta. A z lotniska nadal nie można w cywilizowany sposób dojechać.
Owszem, Małopolska jest regionem najchętniej odwiedzanym w naszym kraju, a Kraków jej stolicą, ale nie widać współpracy, ani spójności strategii w zakresie poza głównym miastem. Zakopane pada ponownie ofiarą rodzimej turystyki i poza poddawaną coraz większej antropopresji przyrodą nie ma już zbyt wiele do zaoferowania. Wątpiącym polecam wycieczkę do Doliny Chochołowskiej. Jednocześnie połacie województwa chcące przyciągnąć do swoich atrakcji turystów cierpią na wykluczenie komunikacyjne. Nawet obchodząca pierwsze urodziny gmina Szczawa powstała w celu promocji swoich walorów, ale oprócz wydatków wszystkich podatników na tą ideę nic się nie zmieniło. Szumne i górolotne metropolie oraz związki metropolitarne nie są w stanie rozwiązać problemów współpracy przy zorganizowaniu solidnego i sprawiedliwego transportu zbiorowego. Efekty mamy na co dzień: Iwanowice i Skała nie chcą dopłacać do linii w Zielonkach i Michałowicach, cieszą się z zaradności pasażerów-podrzutków. Zadłużony Kraków podnosi procent za wozokilometr gminom oraz wprowadza SCT, czym mają ludzie dojechać do pracy? Wolą z niej zrezygnować. Gdy w remoncie jest linia kolejowa, to problem jest niczyj, podobnie jak dojazd SKA1 na lotnisko. Efekty? Brak rąk do pracy w wielu branżach, gdzie ratuje sytuację sprawny dojazd osób mało zarabiających. Radość z powstania parku, a wcześniej poruszenie "z kopyta" z metrem są dziecinne. Przypominają sytuację sprzed lat, gdy oficjele gościli Michaela Jacksona, który powziął ideę wybudowania parku rozrywki w Białej Podlaskiej. Mrzonka długo nie trwała, nic z tych planów nie wyniknęło, ale radość z banana była.
2026-01-01
mouset
2025-12-24 (autor: Mouset)
2025-11-30 (autor: Mouset)
2025-10-31 (autor: Mouset)